Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wino. Pokaż wszystkie posty

Rzadko kiedy latam samolotem, dlatego też niezbyt często zdarza mi się degustować serwowane tam wina. Zwłaszcza, jeśli mowa tu o lotach na ...

Stift Kloster Neuburg Grüner Veltliner 2015 - Wino w przestworzach

Rzadko kiedy latam samolotem, dlatego też niezbyt często zdarza mi się degustować serwowane tam wina. Zwłaszcza, jeśli mowa tu o lotach na krótkich dystansach, gdzie zwykle każą sobie płacić niemałe przecież pieniądze za malutką buteleczkę, będącą równowartością jednego kieliszka. Lecąc na Maderę postanowiłem jednak skorzystać z oferty Air Berlin i skosztowałem jedyne znajdujące się w ofercie białe wino, czyli Stift Kloster Neubur Grüner Veltliner 2015. Powstaje ono w Stiftskellerei Kloster Neuburg, czyli piwnicach opactwa Kanoników Regularnych z Klosterneuburg, położonego w Dolnej Austrii, a szczycących się tytułem najstarszej austriackiej posiadłości winiarskiej.

 

Przyjemne wino w przyzwoitej cenie (fot. własna)
Owy Grüner Veltliner, jak przystało na typowego przedstawiciela swego gatunku dojrzewa w tankach, co pozwala zachować jego orzeźwiający charakter. Posiada słomkową barwę, w nosie wyczuwalne są cytrusy, w szczególności grapefruit, nuty pieprzne, miód. W ustach znajdziemy zaś mineralność, cytrusy, lekką pikantność. Przyjemna, choć niezbyt wysoka (5,8 g/l) kwasowość dodaje mu świeżości. Na finiszu pojawiają się nuty papierówki. Niestety wino jest trochę wodniste, co automatycznie obniża moją ocenę. Generalnie przyjemne, pijalne, proste wino, takie, jakiego moglibyśmy się spodziewać za całe 4 euro w samolocie. Ocena: **/***.

W gorączce wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych warto poruszyć temat wina, które od zarania państwowości towarzyszyło przywódcom n...

Prezydenci USA a wino - Jak zmieniały się gusta w Białym Domu

W gorączce wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych warto poruszyć temat wina, które od zarania państwowości towarzyszyło przywódcom największego dziś supermocarstwa globu. Winem świętowano uzyskanie niepodległości, a i później zagościło ono rónież na stołach Białego Domu. Jednakże wraz z kolejnymi dziesięcioleciami i prezydentami zmieniały się także gusty - choć nie każdy prezydent był fanem wina, każdy z nich traktował nim swoich gości.

 

Jerzy Waszyngton - wielki fan Madery (źródło: www.en.wikipedia.org)

Zacznijmy jednak od początku. Kiedy Stany Zjednoczone były jeszcze zlepkiem kolonii pod Brytyjskim Berłem, a Jerzy Waszyngton młodym plantatorem w Wirginii, zamówił u angielskich kupców około 475 litrów Madery, która dotarła do jego posiadłości w Mount Vernon rok później. Śmiało można stwierdzić, że Madera przypadła przyszłemu prezydentowi do gustu, ponieważ 3 lata później zamówił kolejne 475 litrów bezpośrednio od producentów z wyspy, prosząc o "oleiste, bogate Wino". Wg wspomnień jego przybranej wnuczki Nelly, po kolacji wypijał 3 kieliszki tegoż wina. Przyczynił się także do jego ówczesnej popularności - winem tym świętowano uzyskanie niepodległości.

 

Thomas Jefferson - wielbiciel Bordeaux (źródło: www.en.wikipedia.org)

Kolejnym wielkim miłośnikiem wina, który został wybrany na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych był Thomas Jefferson. Choć kolekcjonował wina od młodości, jego prawdziwa przygoda zaczęła się, kiedy został wysłany w roli ambasadora do Francji. 5-letni pobyt na kontynencie zaowocował zdobyciem olbrzymiej wiedzy (jego notatki pełne są informacji o terroir, szczepach, klimacie itp.) oraz zgromadzeniem pokaźnej kolekcji, która rosła również po objęciu stanowiska prezydenta. Jefferson wierzył, że jego rodzinna Wirginia jest idealnym miejscem dla winnej latorośli - i choć jego własna winnica okazała się fiaskiem - to dwieście lat później produkuje się tu winogrona, chociażby w winnicy należącej do.... Donalda Trumpa.


James Buchanan również uwielbiał Maderę (źródło: www.en.wikipedia.org)

Spora część kolejnych prezydentów lubowała w Maderze lub Szampanach. Do fanów pierwszego trunku można zaliczyć rodzinę Adamsów (John i John Quincy), a także Jamesa Buchanana (wydawał równowartość dzisiejszych 80000 dolarów rocznie na wino), w drugim zaś lubowali się m.in. James Madison, James Monroe, John Tyler, James K. Polk czy też Ulysses S. Grant, również sprowadzając pokaźne ilości musującego złota z Francji. Późniejsi gospodarze Białego Domu mieli inne preferencje i rzadko kiedy w ich gusta trafiało wino. Wyjątkami byli lubujący się w Tokaju Calvin Coolidge oraz Herbert Hoover, który na łożu śmierci zażyczył sobie wytrawne Martini. 

 

Ronald Reagan wznosi toast (źródło: www.commons.wikimedia.org) 
Wino wróciło na salony z Richardem Nixonem, który wprowadził do Białego Domu trunki z Kalifornii. On sam lubował się w wyrobach wielkich producentów z Bordeaux - Château Margaux oraz Château Lafite Rotschild, które trzymał tylko dla siebie, każąc gościom serwować tańsze i mniej prestiżowe alkohole. Prawdziwy boom na kalifornijskie wina nastąpił za prezydentury Ronalda Reagana, który jako pierwszy zaserwował gościom Zinfandela. Za jego kandencji w Białym Domu podawano jedynie krajowe trunki. 


Barack Obama preferuje piwo, aniżeli wino... (źródło: www.en.wikipedia.org)

W ten sposób dotarliśmy do teraźniejszości, w której - ostatnich kilka głów Stanów Zjednoczonych, nie było wielkimi fanami wina, preferując nad nie inne wykwintne trunki, lub też jak obecny prezydent - Barack Obama - piwo. Jednakże preferencje preferencjami a etykieta etykietą - dostojnych gości nie przystoi witać piwem, dlatego też gospodarz Białego Domu częstuje swoich gości krajowymi winami, zaś do jego ulubionych należy musujące Domaine Chandon Blanc de Noirs, oczywiście z Kalifornii. A co wiemy o obecnych kandydatach? Donald Trump posiada własną winnicę w Wirginii, która produkuje wysoko oceniane wina (o metodzie nabycia nie będę wspominał, kto chce - może przeczytać więcej tu), choć on sam w ogóle nie spożywa alkoholu. Natomiast Hillary Clinton znana jest w winiarskim świecie z tego, że przyczyniła się do popularyzacji lodów z winem. Ale to nie jedyne jej związki z tym szlachetnym trunkiem - uwielbia ona wznosić toasty, a jeden z jej darczyńców jest właścicielem winnicy - o jakże ciekawej nazwie - Clinton Vineyards.


Clinton czy Trump - decyzja zapadnie już dzisiaj (źródło: www.commons.wikimedia.org)
Bez względu na to kto zostanie gospodarzem Białego Domu - prawdopodobnie wino nie zniknie z salonów i wciąż będzie służyło do obsługi gości. Nowością jest fakt, że być może po raz pierwszy pojawi się tam wino z nazwiskiem... aktualnego prezydenta. 

Źródła:
http://www.bravotv.com/blogs/did-hillary-clinton-invent-wine-ice-cream
http://nypost.com/2014/10/18/what-every-president-drank/
http://blog.personalwine.com/5-us-presidents-favorite-wines
http://winefornormalpeople.com/four-wine-loving-us-presidents/
http://wineamerica.org/news/5-presidents-we-want-to-drink-wine-with
http://freebeacon.com/issues/hillary-drinks/
https://en.wikipedia.org/wiki/Trump_Winery

Blandy's to jeden z największych, jak również jeden z najbardziej znanych producentów Madery, głównie ze względu na to, że większość ic...

Blandy's Wine Lodge - winiarska Madera w pigułce

Blandy's to jeden z największych, jak również jeden z najbardziej znanych producentów Madery, głównie ze względu na to, że większość ich eksportu wysyłana jest do krajów anglojęzycznych, w których naturalnie poświęca się im sporo uwagi w materiałach prasowych. Nie tylko zresztą tam, gdyż wina te są częścią tradycji kulturowej Brytyjczyków oraz Amerykanów, są spożywane podczas wielkich uroczystości i świąt, takich jak na przykład Boże Narodzenie. Blandy's to jedna z niewielu już rodzinnych firm, która od 1811 roku produkuje wysokiej jakości trunki. Założyciele firmy przybyli na wyspę w burzliwych czasach wojen napoleońskich, odkrywając potencjał tutejszych win i świetne możliwości biznesowe, które daje ich eksport. Z owymi winami zapoznać się możemy w ich muzeum – Blandy's Wine Lodge w Funchal –  miejsce to obrałem za jeden z moich celów podczas podróży po Maderze.


Dom wina Blandy's (fot. własna)
 
Budynek, a raczej kompleks budynków, w którym znajduje się muzeum był już siedzibą klasztoru, jak również więzienia, a od połowy XIX wieku służy za siedzibę firmy Blandy's. Po dziś dzień dojrzewają tu wina produkowane tradycyjną metodą - najstarsze wino, które znajduje się w beczce pochodzi z 1920 roku. Ja dołączyłem do większej grupy, która została oprowadzona przez przewodniczkę po budynku, a która opowiadała przede wszystkim o procesie produkcji tutejszych win. Nie będę się rozpisywał na jej temat, więcej informacji znajdziecie na moim blogu we wcześniejszym poście. Budynek posiada kilka pięter, na wyższych poziomach znajdują się młodsze wina, na niższych zaś starsze. Ich kupażowanie jest wielką sztuką, dlatego ci sami winemakerzy pracują w firmie przez lata.


Beczki z dojrzewającym winem (fot. własna)
 
Na sam koniec wycieczki spotkałem się z przedstawicielem handlowym Blandy's, jak i Madeira Wine Company (której Blandy's jest największym i dominującym członkiem) - panem João Pedro Ghira, który przygotował dla mnie prywatną degustację i cierpliwie opowiadał o szczegółach produkcji i sprzedaży tutejszego wina. Z racji swojego stanowiska pan Ghira niejednokrotnie wizytował Polskę i dość dobrze orientuje się w polskim rynku winiarskim. Próbowano dystrybuować wino Alvada poprzez sieć drogerii Hebe, ale projekt nie okazał się sukcesem. Zresztą współpraca z całym koncernem Jerónimo Martins nie układa się zbyt pomyślnie, gdyż wymaga on sporych zniżek, nieopłacalnych z punktu widzenia producenta. Widać to w portugalskich ofertach Biedronki - na próżno tam szukać win z Madery.


Tanki z drewna satenowego (fot. własna)
 
Przejdźmy jednak do sedna. Do degustacji przygotowano 6 win: 10-letnie Sercial, Verdelho, Boal i Malvasia oraz Alvada i rocznikową Malvasie z 1999 roku. Wina zostały dobrze schłodzone, by mogły właściwie oddać swoje aromaty. Jeśli byłyby zbyt ciepłe, to dominowałby w nich alkohol. Zaczęliśmy od Sercial 10-years old, wytrawnego trunku, który posiada bursztynową barwę ze złotymi refleksami. W nosie wyraźne nuty orzechów, skórki pomarańczowej, suszonych owoców. W ustach dominuje nuta orzechowa, dalej pojawiają się prażone pistacje, delikatna słodycz (wino ma ok 40 g/l cukru resztkowego), dym wędzarniczy, figi. Bardzo ciekawa struktura, idealny jako apertifi, lub też podany z orzechami lub długo dojrzewającymi serami.  Ocena: ***/****. Drugim z kolei winem było półwytrawne Verdelho 10-years old. Charakteryzuje się ono ciemnobursztynową barwą, w nosie zaś mamy nuty skórki pomarańczy, karmelu i delikatną pikantność. W ustach sporo owocu, cytrusy, pomarańcze, delikatne nuty orzechów i tytoniu, wyraźnie wyczuwalna, morska słoność. Lekko zaznaczona kwasowość balansuje solidną (ok. 70 g/l cukru resztkowego) kwasowość. Bardzo przyjemne wino. Ocena: ****.


Mój gospodarz - João Pedro Ghira (fot. własna)
 
Półsłodki Bual 10-years old to kolejne wino, które przyszło mi degustować. Ciemnobursztynowa barwa, w nosie nuty fig, suszonych śliwek, kandyzowanych owoców. W ustach nuty orzechów, karmelu, pomarańczy, dalej nieco nut sosnowych, rodzynek. Krągłe, bogate, piękne wino. Pomimo 90 g/l cukru resztkowego bardzo pijalne. Ocena: ***/****. Następnie nadeszła pora na Malmsey 10-years old, słodkie wino o zawartości cukru resztkowego ok. 120 g/l. Posiada ciemnobursztynową barwę z brązowymi refleksami, w nosie wyczuwalne są nuty rodzynek, karmelu, pomarańczy, suszonych owoców oraz sosny. W ustach potężna słodycz, syrop sosnowy, delikatnie zaznaczone nuty orzechów i pistacji, bardzo elegancka, kremowa struktura. Wino długie i niesamowicie kuszące. Ocena: ****. 


Degustowane trunki (fot. własna)
 
Ostatnie dwa wina to wyjątkowe trunki. Wspomniana wcześniej Alvada, która jest stosunkowo nowym produktem to kupaż Bual i Malvasia w proporcji pół na pół. Jest to dość lekka wersja Madery, która spędza pięć lat w beczce, dzięki czemu ma w sobie więcej świeżości, niż starsze wina. Dodatkowo posiada około 130 g/l cukru resztkowego, różową etykietę, przez co jego targetem są niejako kobiety. Wino posiada ciemnobursztynową barwą, w nosie aromaty cytrusów, rodzynek, oraz skórki pomarańczy. W ustach lekke, wyraźnie owocowe (cytryny, pomarańcze), potężna słodycz, którą balansuje rześka kwasowość. W tle delikatne nuty orzechowe oraz syropu sosnowego. Wyjątkowo łagodne, przyjemne wino, ale przy tej słodyczy też bardzo pijalne wino. Ocena: ****. Malmsey 1999 to ostatni trunek, który miałem możliwość degustować. Charakteryzuje go ciemnobrązowa barwa, w nosie tytoń, karmel oraz delikatne nuty pomarańczy. W ustach potężna słodycz, którą nieco łagodzi wyraźna kwasowość, miód, karmel, rodzynki, dalej orzechy, sól morska. Na finiszu nuty skórki pomarańczy i syropu sosnowego. Ocena: ****/*****. Poważne, wielkie wino, które powstało zaledwie w ilości 8000 butelek. Dla takich chwil i takich win prowadzę ten blog o winie :-).


Historia w butelkach (fot. własna)
 
Degustację zacząłem o 16:30, przez co pod sam koniec sklep zamknął swoje podwoje, przez co musiałem wrócić jeszcze raz, by zrobić zakupy. Na spokojnie zwiedziłem cały kompleks, w którego skład – oprócz sklepu winiarskiego, sklepu z pamiątkami oraz muzeum – wchodzą również liczne pomieszczenia degustacyjne, w których trzymane są starsze roczniki win, również dostępne w sprzedaży. Oczywiście wina te są nieosiągalne dla zwykłego śmiertelnika – ich ceny zaczynają się od kilkuset euro, więc nie każdy może sobie pozwolić na taki wydatek :-). W sklepie z pamiątkami można dostać wiele różnych drobiazgów – począwszy od tradycyjnych przysmaków z wyspy – lokalnych landrynek, słodkiego ciastka bolo do mel – poprzez wina, do podkoszulków, kapeluszy oraz książek o tematyce winiarskiej.


Stare roczniki czekają na nabywców (fot. własna)
 
Warto zawitać do Blandy's Wine Lodge na Avenida Arriaga w Funchal, by odkryć tajemnice tutejszego wina – zwiedzanie muzeum z profesjonalnie przygotowanym przewodnikiem pozwala zapoznać się z produkcją Madery oraz skosztować kilku produktów z szerokiej palety oferowanej przez Blandy's. Jest to też dobra możliwość poszerzenia wiedzy na temat dziedzictwa wyspy, która swe bogactwo zawdzięcza tym właśnie trunkom. Wina Blandy's dostępne są w Polsce w ofercie Domu Wina. Dom winiarski Blandy's zwiedzałem i tutejsze wina degustowałem na zaproszenie pana João Pedro Ghira z Madeira Wine Company.


Jest takie miejsce w Tarcal, które prawdopodobnie zna wielu Polaków. Według opowieści właścicieli przyjeżdżają tam tłumy naszych rodaków, k...

Kovács Pince Tarcal - Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

Jest takie miejsce w Tarcal, które prawdopodobnie zna wielu Polaków. Według opowieści właścicieli przyjeżdżają tam tłumy naszych rodaków, którzy hektolitrami wykupują tamtejsze trunki. Nic dziwnego - litr wytrawnego Furminta w plastikowej butelce kosztuje 500 HUF (7 PLN), w szkle - 1000 HUF (14 PLN). Sześcioputnowe aszú w cenie 2000 HUF (28 PLN) za litr, lub za pół litra w szkle. Ale zanim sięgniesz po butelkę, grzecznie prowadzą cię do piwniczki, sadzają przy wielkim stole, podają do spróbowania 4 wina i kieliszek pálinki. Ale nie tak, żeby tylko spróbować, a do samego końca kieliszka. A to wszystko za darmo. W takim wypadku nie wypada wyjść bez zakupów, bo przecież godnie cię tu powitali, zresztą ceny przyjemne, no i wino smaczne. No to kupujesz, pijesz, jesteś zadowolony, że udało ci się zrobić interes stulecia. Czy aby na pewno?

 

Beczki pełne (tokajskiego?) wina... (fot. własna)

Prawie każdy spotkany winarz powie, że dobre wino, to takie, które ci smakuje. Z tym prostym i oczywistym twierdzeniem nie zamierzam polemizować. Jednak każdy ma prawo wiedzieć, czy to, co kupuje jest na prawdę tym, co chce kupić, a nie podróbką tego, czym powinno być. W takim wypadku pierwszym wyznacznikiem zwykła być cena, bo np. dobrego wina nie sposób wyprodukować za takie pieniądze. No, chyba, że sprzedaż odbywa się pokątnie, a producent nie płaci podatków - tylko czy możemy tu mówić o jakieś elementarnej uczciwości? Po drugie - warunki sprzedaży - nie bez powodu zakazano w Tokaju ulicznej sprzedaży win w butelkach PET. Owszem, w piwnicach można dostać lane wino, ale na litość boską nie aszú... Potem trudno się dziwić, że etykietach butelek nie znajdziemy nazwy producenta.


Piwnica jest częścią Światowego Dziedzictwa UNESCO (fot. własna)

O Kovács Pince trudno znaleźć informację w internecie. Jedna z niewielu stron, skąd można zaczerpnąć wiadomości podaje, że rodzina zajmuje się winogrodnictwem od 1968 roku i że ich piwnica jest częścią Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest też informacja na stronie NÉBIHu (tutejszy Sanepid), że Kálmán Kovács jest zarejestrowanym producentem wina, zajmuje się również jego butelkowaniem i sprzedażą. Uprawnienia ma, więc czemu nie opatruje etykiet swoim nazwiskiem, jak również unikatowym numerem NÉBIH (każde wino przed wprowadzeniem do sporzedaży musi taki numer uzyskać - jest to równoznaczne z pozwoleniem na wprowadzenie do sprzedaży)? Moja teoria jest taka, że wina te z jakichś względów nie spełniają norm narzuconych przez apelację, a i producent nie zawraca sobie tym głowy. Podczas wychodzenia z piwnicy z dziwnym niepokojem obserwowałem proces butelkowania, który jeszcze mnie utwierdził w moich wątpliwościach.


Stoły czekające na gości... (fot. własna)

Wina, których spróbowaliśmy i które zakupiliśmy, w większości spodobały się moim znajomym. Wytrawny Furmint miał delikatne nuty owocowe, brzoskwinii i moreli, oraz niewielki cukier resztkowy. Półwytrawne Hárslevelű swoją egzotycznością i wyraźnymi nutami kwiatowymi również pozostawiło dobre wrażenie. Słodkie cuvée uwiodło niewiasty słodyczą, a aszú nieco rozczarowało - oprócz słodyczy mieliśmy tu małą kwasowość, za to sporo goryczy, nut orzechowych, nieco przypalonych nut karmelowych - trudno było czymś takim przekonać prostych konsumentów wina. Dla mnie te trunki stylistycznie sporo odstawały od przeciętnego tokajskiego poziomu, choć wiem, że są ludzie, którym się po prostu spodobają. Porównując je chociażby z winami sąsiadów zza miedzy*, technicznie odpadają w przedbiegach. Ale są pijalne i w świetnej cenie, przez co sporo ludzi je kupuje. Ja natomiast mam wątpliwości, czy to, co kupiłem można nazwać winem tokajskim, skąd (na prawdę) pochodzi i dlaczego na etykiecie nie znajdziemy nazwy producenta... Pewnie dlatego cena robi swoje...

* imię i nazwisko usunięte na wyraźną prośbę zainteresowanego.

Niecałe dwa tygodnie temu zebraliśmy się wraz z ekipą Az ihatóbb Magyarországért w celu degustacji ofiarowanych przeze mnie win Füleky. O ...

Degustacja win Füleky - nowoczesna twarz Tokaju


Niecałe dwa tygodnie temu zebraliśmy się wraz z ekipą Az ihatóbb Magyarországért w celu degustacji ofiarowanych przeze mnie win Füleky. O samej winnicy jakiś czas temu była mowa, zaś wina otrzymałem za tłumaczenie ich strony na język polski. Degustację uzupełniliśmy czterema innymi winami, z których jedno zasługuje na uwagę, ale nie chciałbym się zbytnio nad nimi rozwodzić.

 

Samo dobro (fot. ze strony tokaj.org)

Pierwszym winem, które mieliśmy przyjemność degustować było Füleky Muskotály 2015. Jasnozłota barwa, w nosie mango, lekka nuta miodowa oraz delikatna pikantność. W ustach wyraźna, przyjemna kwasowość, nuty cytrusów, zielonego jabłka, nuty pieprzne. Czyste, przyjemne, choć proste wino. Ocena: **/***. Füleky Muskotály 2013, o dwa lata starszy poprzednik ma się niestety nieco gorzej. Barwa podobna, lecz w nosie nieco bardziej wycofane, delikatne nuty miodowe, grapefruit, cytrusy, pojawiają się także ślady oksydacji. W ustach nieco nut zielonego jabłka, trochę pikantności, goryczka, ale ogólnie wino jakieś takie... oklapłe. Na finiszu pojawiają się bardzo lekkie nuty cytrusów. Ocena: **. 

 

Kabar nie do końca mnie przekonał (fot. ze strony tokaj.org)

Trzeci z kolei trunek, czyli Füleky Furmint 2013 pokazuje zupełnie inne oblicze. Klasyczny, trochę już staromodny styl tokajski ma swoje odbicie w tymże winie. Jasnozłota barwa, w nosie suszone owoce, wanilia, brzoskwinia i delikatnie wyczuwalna słoność. W ustach solidna, żwawa kwasowość, susz owocowy, lekka nuta miodu. Solidna struktura, dużo ciała, w tle mamy również brzoskwinie. Czuć także mineralność, czego nieco w poprzednich winach nam brakowało. Wszystkiego dopełnia delikatny cukier resztkowy, który sprawia, że wino to jest świetnie pijalne. Ocena: ****. Füleky Kabar Vinnay 2015 niestety nie dorównuje poziomem swemu poprzednikowi. Oko: jasnozłote, nos: nuty miodu, brzoskwinii, botrytisu, moreli. W ustach na pierwszym planie wysuwa się alkohol, który przysłania owocowość tego wina, a mamy tu zarówno brzoskwinie, jak i morele. Nieco wątła kwasowość, którą przesłania również nieco cukru reszkowego. Niektórym to się spodoba, choć ja nie jestem przekonany. Ocena: **/***.

 

Porządna słodycz (fot. ze strony tokaj.org)
W tym momencie zmieniliśmy zupełnie optykę, gdyż na stole pojawiły się wina z późnych zbiorów. Füleky Pallas 2013 o złotej barwie od samego początku kusi nosem z suszonych owoców, miodu, brzoskwinii i delikatnej pikantości. W ustach miód, brzoskwinia, botrytis, żwawa kwasowość, którą umiejętnie równoważy cukier resztkowy. Dalej nuty suszu owocowego, a na finiszu zielone jabłko oraz pigwa. Ocena: ***/****. Jego rok starszy odpowiednik jest nieco mniej finezyjny. Barwa jasnozłota, w nosie miód akacjowy, suszone owoce, brzoskwinia. W ustach miód, suszone owoce, brzoskwinia, przyjemna kwasowość, dalej lekka goryczka. Wino jest czyste, przyjemne, choć brakuje mu głębi. Ocena: ***. Ogólnie rzecz biorąc, spodziewałem się trochę więcej mineralności i równiejszego poziomu od tego producenta. Design i siedziba robią wrażenie, winom brakuje trochę harmonii - są spośród nich solidne strzały, ale są i przeciętniaki (kiepskich nie stwierdzono...). Warto skupić się na Furmincie, gdyż posiada on największy potencjał. Jeśli będziecie w Bodrogkeresztúr, to zajrzyjcie do siedziby firmy. Zdecydowanie warto. Chociażby dla Furminta, ale i nieobecnego na degustacji aszú.


Nieodzownym punktem festiwalu Bor, Mámor, Bénye była dla mnie wizyta w winnicy Préselő Borház. Z Zsoltem Nagyem znamy się już jakiś czas, j...

Préselő Borház - nowa siła z Erdőbénye

Nieodzownym punktem festiwalu Bor, Mámor, Bénye była dla mnie wizyta w winnicy Préselő Borház. Z Zsoltem Nagyem znamy się już jakiś czas, jego wina degustowałem już kilkukrotnie, aczkolwiek Erdőbénye wydawało się odległym punktem nie tylko na mapie Węgier, ale też samego Tokajskiego Regionu Winiarskiego. Préselő Pince przyszło nam (to znaczy mi i Gabrielowi Kurczewskiemu z bloga Blisko Tokaju) odwiedzić późną porą, kiedy tłumy bawiących się opuściły już ogródki winiarzy i można było swobodnie zamienić słowo z właścicielem winnicy. A było i o czym rozmawiać, ponieważ skończył się już remont budynku gospodarczego i można było w godziwych warunkach dyskutować o tamtejszych trunkach.

 

Zsolt objaśnia model biznesowy (fot. własna)
Zsolt konsekwentnie stawia na jakość. Owszem, mógłby produkować hektolitry taniego (i słabego) wina, sprzedając je pod jakąś drugą, lub trzecią etykietą, ale woli je starannie selekcjonować i wybierać najlepsze, resztę odsprzedając państwowemu kombinatowi. Obecnie produkcja wynosi ok. 10 tysięcy butelek rocznie, przy możliwości zwiększenia jej (w razie zapotrzebowania) do 40 tysięcy butelek. Wybrane wina z pojedynczych parceli dojrzewają w dębowych beczkach, podstawowe wina wytrawne zazwyczaj trafiają do stalowych kadzi (czasem również do beczek, acz zaledwie na 3 miesiące), musiaki zaś fermentują i dojrzewają w stali. Skoro powiedzieliśmy już o jakości, to warto wspomnieć również o cenie. Jak każdy biznesmen, Zsolt wierzy, że interes musi się opłacać - co oczywiście wypada zrozumieć. W związku z tym, podstawowa linia win oscyluje w okolicach 1900-3200 HUF (26,50-45 PLN), co jak na warunki węgierskie nie jest niską ceną, jednak bronią się jakością. Trunki z pojedynczych parceli to zdecydowanie wyższa kategoria cenowa 5000-6000 HUF (70-84 PLN) - o jej słuszności zdecydują konsumenci, choć moim zdaniem warto tyle wydać.

 

Ta beczka kryje w sobie wielki skarb (fot. własna)
Co degustowaliśmy? Na pierwszy rzut poszło Furmint Apukám Bora 2015. Eleganckie, przyjemne wino o łagodnej kwasowości, delikatnych nutach owocowych - głównie jabłka, gruszki, ale i pigwy. Później nadeszła pora na Habzó Hárs, który zaskoczył mnie swoją lekką pikantnością. Dobra kwasowość oraz przyjemne, powoli uwalniające się bąbelki dopełniają obrazu tego jakże szlachetnego musiaka. W międzyczasie Zsolt zabrał nas do piwniczki, gdzie pokazał dojrzewające wina z poszczególnych siedlisk. Wrażenie zrobiły za to na mnie wina jednoszczepowe z parcel Omlás i Palandor - zwłaszcza to drugie, które czaruje niesamowitymi nutami owoców egzotycznych, bananów, mango, oraz potężną mineralnością. Jest to niewielka produkcja, zaledwie kilkaset butelek - ja już się szykuję, by zakupić, choć w sprzedaży będą dopiero w okolicy Wigilii. Może do tego czasu znajdzie importera, który doceni starania właściciela? Ja kibicuję Zsoltowi, bo to człowiek, który cięzką pracą zbudował renomę winnicy, która powoli wysuwa się z cienia większych graczy. Degustowałem na zaproszenie Zsolta Nagya.


A do celu prowadzi nas światłość... i Zsolt ;) (fot. własna)

Riesling bez wątpienia jest królem win. Daje trunki niesamowite, długowieczne, które po kilkudziesięciu latach wciąż zaskakują wspaniałą f...

Winiarskie legendy oczami historyka - Degustacja słodkich Rieslingów z historycznych roczników

Riesling bez wątpienia jest królem win. Daje trunki niesamowite, długowieczne, które po kilkudziesięciu latach wciąż zaskakują wspaniałą formą. Można znaleźć sporo analogii pomiędzy słodkimi Rieslingami z Niemiec a winami tokajskimi. W obydwu przypadkach spore znaczenie ma dość późny moment dojrzewania gron, wysoka kwasowość oraz występowanie szlachetnej pleśni botrytis cinerea. W głębi tokajskiego regionu winiarskiego - Erdőbénye, podczas festiwalu Bor, Mámor, Bénye miałem przyjemność degustować osiem win z historycznych roczników ze zbiorów Krisztiána Ungváriego. Tenże znany historyk od wielu lat jest miłośnikiem reńskich win, które często przywozi z czasie licznych podróży do Niemiec.

 

Zacna kolekcja (fot. własna)
 
Rieslingi niemieckie otacza magiczna aura. Już spoglądając na etykiety mamy wrażenie, jak gdybyśmy się cofneli w przeszłość o co najmniej sto lat. Wrażenie narasta z każdym kolejnym starszym rocznikiem, gotycką czcionką i orłem jak z faszystowskiego munduru. Oczywiście orzeł nie symbolizuje tejże zbrodniczej ideologii - jest znakiem o wiele starszym - i pojawia się na etykietach win z państwowych spółdzielni. Poza tym jakże ciekawym designem mamy piękne wnętrze, kryjące w sobie niesamowite historie. Odkyrwaliśmy je z każdą kolejną butelką.

 

Dobry początek (fot. własna)

Pierwszą z nich był August Eser Rauenthaler Rothenberg Riesling Spätlese Vollmundig 2009 z Rheingau. Jest to wino o jasnożółtej barwie, w nosie wyczuwalne nuty miodu, cytrusów, mango. W ustach dominują cytrusy, owoce egzotyczne, mocno zarysowana jest tu kwasowość, którą kompensuje niezbyt wysoki (jak na słodkie wino) cukier resztkowy, dalej czyste nuty gronowe, zielone jabłko. Jest też i wyraźnie wyczuwalna mineralność. Finisz średni, przyjemny. Bardzo solidne wino, które poleciłbym każdemu na początek przygody z niemieckimi Rieslingami. Ocena: ****.

 

Rieslingowa ekstraklasa (fot. własna)
 
Drugim z winem było Matthias Müller Bopparder Hamm Engelstein Riesling Spätlese 2007 z Mittelrhein. W porównaniu do poprzednika mamy zupełnie inny styl. Bursztynowa barwa, nos: suszone owoce, brzoskwinia, petrol. W ustach oleiste, wyraźne nuty miodowe, karmel, piękna, cytrusowa kwasowość, spory cukier resztkowy, wyczuwalne nuty botrytisu. Długi, przyjemny finisz. Mam wrażenie, że już nieco poza szczytem możliwości. Ocena: ***/****. Trzecie wino, Weingut Gerlach Erdener Treppchen Auslese 2004 z Mosel-Saar-Ruwer niestety było niepijalne. Acetonowy nos szybko pozbawił mnie jakicholwiek złudzeń co do tego wina. A szkoda.

 

Ten orzeł jakiś taki niepokojąco znajomy... (fot. własna)
 
Kolejne wino nie przyniosło rozczarowania. Domaine Bergstrasse Heppenheimer Centericht Riesling Auslese 2002 z Heissische Bergstrasse . Ta państwowa spółdzielnia, która produkuje spore ilości Rieslingów, często w bardzo dobrej relacji cena/jakość. Charakteryzuje się głęboką bursztynową barwą, w nosie wyczuwalne nuty suszonych owoców, miód, orzechy. W ustach złożone, pełne, z rześką kwasowością oraz sporym, aczkolwiek niezbyt tłamszącym cukrem. Jest też sporo owocu, przede wszystkim cytrusów, ale też ananas, mango. Harmonijne, przyjemne. Ocena: ****.

 

Dobre, ale były lepsze... (fot. własna)

Następnie nadeszła pora na Wiengut Schauss Monzinger Frühlingsplätzen Spätlese 1999 z Nahe. Jasnobursztynowa barwa, w nosie nuty brzoskwinii, moreli, petrol. W ustach wyraźna mineralność, żywa kwasowość, która świetnie współgra z solidną słodyczą, nuta petrolu, morela. Długi i przyjemny finał, choć jest to nieco słabsze wino niż poprzednik. Ocena: ***/****.


Arcydzieło. Serio. (fot. własna)
 
Szóste z kolei wino to Domaine Bergstrasse Heppenheimer Centericht Riesling Auslese 1996. Podobnie jak jego sześć lat młodszy towarzysz posiada głęboką, bursztynową barwę, w nosie nuty miodowe, suszone owoce, morele, nuta botrytisu. W ustach krągłe, cudowna słodycz, którą doskonale równoważy rześka kwasowość. Sporo owocu - zarówno morele, brzoskwinie, jak i trochę suszonej śliwki. Może i mineralności niezbyt wiele, ale za to owoc najwyższej próby. Dużo ciała, długi, hedonistyczny finisz. Wino niemalże idealne. Ocena: ****/*****.

 

Finisz tuż tuż... (fot. własna)
 
To jednak nie był koniec przyjemności. Weingut Karl Erbs Ürziger Würzgarten Auslese 1990 z Mosel-Saar-Ruwer to doskonały przykład, że wina, które mają za sobą ćwierć wieku mogą nie tylko być pijalne, ale wciąż dawać pijącemu wielką satysfakcję. Posiada ono złotą barwę, w nosie nuty bazyli, mięty, owoców cytrusowych oraz lekka mineralność. W ustach sporo nut ziołowych, delikatna, nienarzucająca się słodycz, świetna, żwawa kwasowość, nuty papierówki, pigwy. Świetne wino, ustępuje jedynie swojemu poprzednikowi. Ocena: ****.

 

Ostatnie krople radości... (fot. własna)
 
Koniec końców nadeszła pora na ostatnie wino, którym było Weingut Christoffel Jr. Ürziger Würzgarten Auslese z 1982 roku. To 34-letnie wino wciąż ma żywotność niczym dziesięciolecia młodsze trunki, delikatną, złotą barwę, w nosie petrol, benzol, nieco nut maślanych oraz cytrusów. W ustach złożone, wielowarstwowe, z mocną nutą orzechową oraz pojawiającym się tu i ówdzie petrolem. Są też cytrusy, jest mineralność, cukier i kwasowość świetnie ze sobą współgrają, jest też trochę nut pikantnych. To wino świetnie się trzyma i chętnie widziałbym je w swojej piwniczce. Ocena: ****. Bardzo się cieszę, że miałem możliwość kosztowania tych win, gdyż Riesling od niedawna jest jednym z moich faworytów, który z każdą kolejną butelką potwierdza swoją wielkość. Starzeje się z godnością, dając fantasyczne rezultaty, czego dowiodły powyższe butelki. Degustowałem podczas festiwalu Bor, Mámor, Bénye w Erdőbénye na koszt własny.




Nie mineła jeszcze doba od momentu, kiedy w ogrodach Erdőbénye ucichła muzyka i przestało lać się wino, a właściciele zaczęli podliczać rac...

Bor, Mámor, Bénye - Pierwsze wrażenia po festiwalu w Erdőbénye

Nie mineła jeszcze doba od momentu, kiedy w ogrodach Erdőbénye ucichła muzyka i przestało lać się wino, a właściciele zaczęli podliczać rachunek zysków i strat, gdy gruchęła wieść o nowym terminie przyszłorocznej imprezy. W przeciwieństwie do poprzednich lat odbędzie się ona miesiąc wcześniej, na przełomie czerwca i lipca. To dążenie do zmian chyba mocno charakteryzuje festiwal w tej cichej, ukrytej pomiędzy niewielkimi wzniesieniami wiosce. Taką innowacją było rozszerzenie imprezy z trzech do czterech dni, w tym roku próba (chyba jednak nieudana...) podniesienia czwartkowej frekwencji poprzez zaproszenie na ten dzień gwiazd muzyki rozrywkowej. Nie sądze, by ewolucja była zła - czymś trzeba przyciągać publikę - a pewne schematy po jakimś czasie się nudzą.


 

Piękne okoliczności przyrody (fot. własna)

Z rozmów z bywalcami oraz winiarzami odniosłem wrażenie, że jest pewien niedosyt. Że publiki mniej. Trudno mi w tej chwili to oceniać, ale fakt, że w sobotę pomiędzy 13 a 15 było dość pustawo na ulicach, a przecież powinien być już spory ruch. Dopiero wieczorem można było zaobserwować większe grupy odwiedzających. Na festiwalu spędziłem zaledwie dobę, tak więc nie miałem szans wziąć udziału w zbyt wielu towarzyszących mu wydarzeniach, aczkolwiek muzyka wybrzmiewała do późnej nocy, a przy każdej winiarni się coś działo. Cieszy pozytywne nastawienie tutejszych mieszkańców - bez tego ta impreza nie miałaby tak dobrej atmosfery.

 

Wielu udzieliła się sielska atmosfera wioski (fot. własna)

Jeśli chodzi o część najważniejszą - czyli wina - to nie zawiodłem się, acz Bor, Mámor, Bénye to nie jest tania impreza. Po pierwsze musimy zapłacić za wstęp, następnie kieliszek, a potem przy każdej degustacji, a tutejsi winiarze mocno się cenią. Oczywiście - za tym w dużej mierze stoi solidna jakość, dzięki czemu człowiek nie ma poczucia, że wydał sporo pieniędzy na coś, co nie jest tego warte. Nie ma tu kiepskich producentów, każdy ma wino, które z chęcią zabrałbym ze sobą i wypił przy jakiejś większej okazji. Spośród wszystkich winiarni nie próbowałem jedynie win Olze, Jakab i Béres, przy czym to drugie miejsce ominąłem świadomie, gdyż ich wina można bez problemu dostać w każdym większym markecie.

 

Wielkie wino, warto jeszcze chwilę zaczekać... (fot. własna)

Najmilej wspominam Karadi-Berger Palandor 2013, o jasnozielonej barwie, czystym, cytrusowo-kwiatowym nosie, w ustach wyraźnej, żwawej kwasowości, nutach jabłka, gruszki i solidnej mineralności. Naprawdę piękne wino, które miałem przyjemność zabrać ze sobą. Dzięki Zsolt! Bardzo pozytywne wrażenie wywarła na mnie również próba beczkowa z tego samego stanowiska od Préselő Pince - zwłaszcza wspaniały, bananowo-egzotyczny nos, w ustach szaleńczo owocowe, o świetnej strukturze i pięknej kwasowości. To z pewnością będzie hit! Bardzo przyjemny był również Vayi Furmint "100 éves", o czystym, owocowym nosie, i krągłych, pełnych ustach, z dużą dozą owocu. Może nie jest to wino na miarę tego z 2013 roku, ale konsekwentnie trzyma poziom. Mógłbym wymieniać tu wielu innych, ale nie chciałbym nikogo tym zanudzać. Po prostu przyjedźcie i sprawdźcie - bo warto. Do Erdőbénye podróżowałem i na miejscu degustowałem na koszt własny, wejściówkę na imprezę otrzymałem od Zsolta Bergera. Szczególne podziękowania chcę skierować również do Gabriela Kurczewskiego z bloga Blisko Tokaju - bez niego z pewnością by mnie tam nie było.


Do zobaczenia za rok! (fot. własna)

W zeszłym tygodniu wziąłem udział w degustacji organizowanej przez organizację Az ihatóbb Magyaroszágért. Była to kameralna impreza w wąsk...

Stróbl Borház - Neszmély (póki co..) z potencjałem

W zeszłym tygodniu wziąłem udział w degustacji organizowanej przez organizację Az ihatóbb Magyaroszágért. Była to kameralna impreza w wąskim gronie znajomych, gdzie próbowaliśmy win od mało znanej winnicy z miejscowości Baj, położonej w okręgu winiarskim Neszmély. Właścicielem jest Ferenc Stróbl, który już w wieku emerytalnym postanowił zamienić swoje hobby w źródło zarobkowania. Sama winnica zajmuje niewielką przestrzeń na stanowisku Nagysikárhegy, obsadzoną wyłącznie Merlotem. Skupują również białe grona od lokalnych winiarzy, a czerwone sprowadzają z Szekszárdu. Do degustacji przesłali 6 win, a jak one wypadły? Opis poniżej:

 

Wzbudził nadzieję... (fot. własna)
 
Stróbl Olaszrizling 2015 - mamy tu bladożółtą barwę, w nosie nuty trawy, zielonych owoców, cytrusów oraz zielonego jabłka. W ustach świeże, z całkiem przyjemną kwasowością, którą umiejętnie równoważy cukier resztkowy. Trochę cytrusów, trochę nut zielonych owoców, choć brakuje tu szlachetności. Ogólnie całkiem przyjemne wino do codziennej degustacji. Ocena: **/***. Kolejne wino, Stróbl Sauvignon Blanc 2015 musieliśmy wyrzucić ze względu na uszkodzoną nakrętkę. Oceny tego co znalazło się w butelcę się nie podejmuję.

 

Dalej było niestety gorzej... (fot. własna)
 
Trzecie wino to Stróbl Dunantúli Kadarka 2015, kuriozum, gdyż jest to białe wino z czerwonych gron sprowadzonych z Szekszárd. Posiada jasnozłotą barwę, w nosie wyczuwalne nuty siarkowe, limetki oraz innych cytrusów. W ustach da się wyczuć, że jest wyraźnie utlenione, co próbowano zakryć siarką i sporym cukrem. Jest też trochę kwasu oraz nut cytrusowych, ale to za mało, by kogokolwiek do czegokolwiek przekonać. Ocena: */**. Następnie nadeszła pora na róż, czyli Stróbl Merlot Rosé 2015. Owo wino ma jasnoróżową barwę, w nosie nuty maliny, delikatna słodycz i kremowość. W ustach wciąż malina, trochę cukru i kwasu, aczkolwiek nie jest to wino, po które wróciłbym do sklepu. Za mało struktury, niezbyt odświeżające, choć na pewno lepsze od poprzednika. Ocena: **.

 

Róż też nie zachwycił (fot. własna)
 
Następnie mieliśmy skosztować Stróbl Merlot 2014, ale... znowu mieliśmy do czynienia z wądą nakrętki... Chyba trzeba zmienić dostawcę. Ostatnie w kolejce był Stróbl Cabernet Sauvignon 2012, o purpurowej barwie, zaś w nosie dominujących nutach wiśni, z delikatnym akcentem truskawki i porzeczki. W ustach wciąż sporo wiśni, buraki, porzeczka. To taki trochę nieokrzesany dzikus ze sporą kwasowością, potężnymi taninami, jeszcze nie do końca ułożony. Jest w porządku, ale chyba na nikim nie zrobił wielkiego wrażenia. Ocena: **. Na dokładkę spróbowaliśmy również Tornai Nagy-Somlói Tramini 2013. Jest to wino zupełnie inne od poprzedników. Jasnozłocista barwa, w nosie nuty liczy, olejku różanego, ananasa oraz owoców tropikalnych. W ustach burza owoców egzotycznych, liczi, ananas, mango, delikatna minerlaność oraz niewielka, choć całkiem przyjemna kwasowość. Mamy też trochę nut pikantnych. Przyjemne. Ocena: **/***.


Miła odmiana (fot. własna)
 
Owa degustacja pokazała, że w Stróbl Borház mają jeszcze nad czym pracować. Wybrali dość chłodny klimat dla win czerwonych, zwłaszcza Merlota, znacznie większy potencjał widzę w ich winach białych. Co do błędów technicznych - każdemu się zdarzają, zwłaszcza na początku drogi, więc mam nadzieję, że kolejne roczniki win z Stróbl Borház przyniosą jeszcze lepsze rezultaty. Degustowałem na zaproszenie Az ihatóbb Magyarországért w VinoPiano Wine Bar.

József Szentesi to postać wyjątkowa. Szalony profesor, pionier produkcji win musujących oraz odkrywca starych, węgierskich szczepów jest po...

József Szentesi - Mistrz węgierskich Rieslingów

József Szentesi to postać wyjątkowa. Szalony profesor, pionier produkcji win musujących oraz odkrywca starych, węgierskich szczepów jest postacią tyleż ciekawą, co prawie nieznaną pośród polskich fanów wina. Nic dziwnego. Próżno szukać jego win na półkach supermarketów, zaledwie kilka wybranych sklepów specjalistycznych dystrybuuje jego wyroby. Przez długi czas w swej pracowni w Budaörs produkował wina musujące dla winnic m.in. z Tokaju. Szaleństwo, które się mu przypisuje jest związane w dużej mierze z minimalizacji roli nowoczesnych technologii, gdyż jego zdaniem wino powstaje w winnicy, nie zaś w piwnicy. W 2013 roku został uhonorowany tytułem "Winiarza winarzy". Obecnie gospodaruje na 12,5 ha w okręgu winiarskim Etyek-Buda, z czego największa część jest położona na wzgórzu Csúcsos-hegy w miejscowości Nadap. Stamtąd też pochodzi surowiec na dwa wina, które miałem przyjemność niedawno degustować.

 

Jeden z lepszych węgierskich Rieslingów (fot. własna)

Pierwszym z nich był Szentesi Rajnai Rizling "Öcsi" 2012. Jest to wręcz archetypowy reński, o jasnozłotej barwie, w nosie wyczuwalnych nutach petrolu, gruszki, cytrusów oraz brzoskwinii. W ustach wyraźna, przyjemna kwasowość, owoce cytrusowe, nieco nut warzywnych, agrest oraz delikatna goryczka. Dobre, choć chciałoby się trochę więcej: ***/****. Drugim podanym winem było Szentesi Mandula Rajnai Rizling 2013. O tym, że z Rieslinga da się robić świetne wina musujące nie trzeba nikogo przekonywać, ale to wino pokazuje faktyczne możliwości tego szczepu. Powstało metodą tradycyjną. Jasnozłota barwa, delikatne bąbelki, w nosie nuty brzoskwinii, cytrusów i delikatnie wyczuwalne drożdże. W ustach wyraźna, rześka kwasowość, skórka z cytryny, migdały, piękna struktura, dalej delikatna nuta petrolu. Na finiszu wyczuwalne zielone jabłko. Bardzo dobre! Ocena: ****.

 

Jeden z najlepszych musiaków tego lata (fot. własna)

Przyznam szczerze, to nie osoba Szentesiego skusiła mnie do skosztowania tych win, a szczepy, z których tworzy. Muszę jednak przyznać, że warto zainteresować się innymi z jego win, by odkryć je dla szerszej publiczności, bo ich twórca zdecydowanie na to zasługuje. Wyżej opisane trunki degustowałem w VinoPiano Winebar z ekipą Az ihatóbb Magyarországért na koszt własny.

Egri Korona Borház to jeden z największych producentów wina w okręgu winiarskim Eger, zajmujący powierzchnię ponad 270 ha. W skali światowe...

To syrop jest czy wino? Cecey Vicuska Debrői Hárslevelű 2009

Egri Korona Borház to jeden z największych producentów wina w okręgu winiarskim Eger, zajmujący powierzchnię ponad 270 ha. W skali światowej to co najwyżej przeciętny rozmiar, aczkolwiek patrząc na Węgry spokojnie można nazwać go gigantem. Lub też molochem. Dlaczego tak? W Kotlinie Pannońskiej rzadko udaje się łączenie wielkości z jakością, najbardziej cenieni winiarze gospodarują w winnicach nieprzekraczających 100 ha. Ta prawda potwierdza się i tu. Oczywiście są też wina, które mają reprezentować najwyższą jakość - wychodzą one pod etykietą Grand Selection. Po jedno z takich win sięgnąłem i chciałbym opowiedzieć o moich wrażeniach z degustacji.

 

Niestety, ale najlepsze lata ma za sobą... (fot. własna)
Na Cecey Vicuska Debrői Hárslevelű 2009 trafiłem w jednym z butików przy głównej turystycznej ulicy miasta. Kusiło elegancką etykietą, bursztynową barwą oraz niewątpliwie niezbyt odstraszającą ceną. Powstało ze szczepu Hárslevelű z okręgu Debrő, winogrona zostały zebrane w listopadzie, samo zaś wino dojrzewało w dębowych beczkach. W nosie wyczuwalny miód, orzech włoski, nuty ziołowe oraz żywica sosnowa. W ustach sporo słodyczy, aczkolwiek kompensuje ją wyraźna kwasowość. Sporo nut ziołowych, mocno wyczuwalna nuta żywiczna, niczym w syropie na kaszel. Dalej wyraźne nuty miodowe, migdały. Na finiszu wyczuwalne zielone jabłko. Jest to wino dość ciężkie w odbiorze i nie bójmy się mówić - stare. Jego najlepszy okres już minął. Nie dziwne, skoro trunki z tak "ekskluzywnej kolekcji" (1552 sztuki) są jeszcze dostępne na półkach. I nie zmienia tego nawet cena, bo 1990 HUF (27,50 PLN) to o wiele za dużo za takie wino. Ocena: */**.  

Połowa lata już minęła, długimi tygodniami słońce praży niemiłosiernie, więc chciałoby się sięgnąć po coś odświeżającego, zwłaszcza, jeśli ...

Lato w węgierskim Lidlu - lekkie wina na piknik i nie tylko...

Połowa lata już minęła, długimi tygodniami słońce praży niemiłosiernie, więc chciałoby się sięgnąć po coś odświeżającego, zwłaszcza, jeśli przebywacie na wakacjach na Węgrzech. Tutejszy Lidl dobrze wyczuwa tendencje pogodowe, dlatego też na półki od czwartku (4.08) trafi skromna oferta lekkich win. W jej skład wchodzi 6 róży i 4 wina białe. Nie są to żadną miarą wina wybitne, mają służyć gaszeniu pragnienia, jako składniki do szprycerów. Cenowo jest to przedział pomiędzy 439 a 1199 HUF (6-16,50 PLN).

 

W Lidlu lato w pełni (fot. ze strony Lidla)
Spośród win, po które warto sięgnąć poleciłbym dwa róże - Juhász Rosé 2015, lekkie, przyjemnie owocowe (maliny, truskawki, czerwona porzeczka), delikatnie nasycone CO2 w rewelacyjnej cenie 849 HUF (12 PLN) oraz Dúzsi Pannon Rozé Cuvée 2015, które również charakteryzuje się wyraźnymi nutami czerwonych owoców - maliny, czereśni, porzeczek, a także przyjemną, acz niezbyt potężną kwasowością (1199 HUF - 16,50 PLN). Oferta ważna jest do 8.10.2016, lub do wyczerpania zapasów. Jeśli przesiadujecie gdzieś nad Balatonem czy w Budapeszcie - udajcie się no najbliższego Lidla i poznajcie węgierskie smaki lata! Cała gazetka do pobrania tu.

Zawsze popieram inicjatywy, które mają na celu popularyzację kulturalnego spożycia wina. Szczególnie, jeśli są podane w interaktywny sposó...

Gra z winem w tle - CsámBORgó w Kult Pince w Monor

Zawsze popieram inicjatywy, które mają na celu popularyzację kulturalnego spożycia wina. Szczególnie, jeśli są podane w interaktywny sposób oraz wymagają zarówno wysiłku fizycznego, jak i umysłowego. Na szczęście, jest ich coraz więcej, dzięki czemu fani wina mogą znaleźć coś dla siebie, a ci, którzy nie są do niego przekonani - zmienić zdanie. Doskonałym przykładem takiej inicjatywy jest gra CsámBORgó (Włóczęga - nt. słowo bor oznacza wino), która powstała w Kult Pince w Monor. Na czym polega? W skrócie - poszukiwanie skarbu z butelką wina pod ręką...


Właściciel winnicy György Kugel wyjaśnia zasady gry (fot. własna)
 
Gra zaczyna się w winnicy od krótkiej opowieści, wg. której gdzieś na górze Strázsahegy w Monor zaginęła beczka cennego trunku. Wyposażeni w mapę, cztery koperty i elektroniczny czytnik (przy zbliżeniu do odpowiedniego punktu podaje wskazówki co do następnych miejsc) wyruszyliśmy w trasę. Początek był łatwy, lecz później dość sporo się namęczyliśmy by znaleźć wyznaczone punkty i wykonać powierzone nam zadanie. W końcu dotarliśmy do celu podróży i otrzymaliśmy zasłużoną nagrodę - dwa wina, dżem oraz koszulkę. Gra zaplanowana jest dla 6-8 osób, w przypadku większej ilości tworzy się mniejsze drużyny, z których jedna wyrusza na trasę po drugiej w pewnym odstępie czasu.
 

Szukajcie, a znajdziecie... (fot. własna) 

Gra pozwala odkryć różne zakamarki winiarskiej wioski Monor, po drodze natrafimy m.in na płaskorzeźby betyárów (rozbójników) czy też zabytkowe piwniczki z dachem z trzciny. Po drodze zatrzymujemy się również przy tabliczkach z praktycznymi informacjami na temat miejsca, w którym przebywamy. Oczywiście są pewne niedociągnięcia - niektóre z nadajników, do których należy zbliżyć czytnik są tak dobrze ukryte, że natrafiliśmy na nie po bardzo długich poszukiwaniach... Niektóre z punktów padły również ofiarą wandali (lub raczej złodziei). Póki co, brak również wersji angielskojęzycznej... Pomimo tych trudności polecam tę grę każdemu, kto lubi wino, trasa jest wystarczająco długa, lecz nie wyczerpująca, więc jeśli tylko pogoda Wam sprzyja - skorzystajcie z możliwości, by powłóczyć się między rzędami starych piwniczek. Trzy skrzyneczki z fantastycznymi produktami wynagrodzą wasz wysiłek.


Pośród pięknych piwniczek są i takie, które czekają na drugą młodość... (fot. własna)

My zaś na samym końcu zjedliśmy kolację składającą się z kiełbasek oraz kaszanki ze świeżym pieczywem, w międzyczasie degustując lokalne wina. O winach z winnicy Megyeri-Hanti pisałem tu, niektóre wina z winnicy Lukácsy degustowałem podczas letniego kina z winem. Z nieznanych mi dotąd trunków pojawiły się trzy. Pierwszym był spożyty na trasie Kult Pince Karát 2015 ze szczepu o tej samej nazwie. Jest to białe wino o delikatnej owocowości, ma w sobie trochę kwasu, lekkie nuty kwiatowe, lecz dla mnie zbyt proste, bez wyrazu. Ocena: */**. Drugim, spożytym już podczas kolacji było Lukácsy Kékfrankos Rosé 2015, lekkie, różowe wino z przyjemną kwasowością, nutami malin, owoców leśnych, w sam raz na letnie wieczory. Ocena: **/***. Na końcu kuriozum, czyli dojrzały Riesling 2012 również z winnicy Lukácsy Pince. Nieco nut petrolu, piłek tenisowych (dziwne, ale jednak...), cytrusy, dość oleiste, ciekawe. Sięgnąłbym po nie jeszcze raz. Ocena: ***.


A na półkach Kult Pince znajdziecie świetne wina... (fot. własna)

Podsumowując - jeśli jesteście w Budapeszcie i macie węgierskich znajomych - wybierzcie się do oddalonego o 30 km Monor, by przeżyć przygodę i skosztować tutejszych win. A próbować jest czego, gdyż owa miejscowość liczy sobie ponad 1000 piwniczek, w których można odkryć prawdziwe skarby, nie tylko te, liczone w karatach... Do Monor podróżowałem na zaproszenia Gábriela Istvána Nyulasiego z organizacji Az ihatóbb Magyarországért.


Dziś miałem poważny dylemat - chciałem sięgnąć po białe wino, bo upał jest niemiłosierny, a nic nie gasi pragnienia, jak właśnie tenże trun...

Colpasso Nero d'Avola - Przyjemna czerwień z Faktorii Win.

Dziś miałem poważny dylemat - chciałem sięgnąć po białe wino, bo upał jest niemiłosierny, a nic nie gasi pragnienia, jak właśnie tenże trunek. Ku mojej rozpaczy w mojej spiżarni nie znalazłem niczego, co nadawałoby się do tego zbożnego celu. Nie chciałem poświęcać wielkich trunków z Somló, ani kolekcji win od Fülekyego, dlatego też sięgnąłem po wino czerwone. W dodatku lekko je schłodziłem, by nie powiększało już cierpień zadawanych mi przez szalejącą w tym roku pogodę.


Sycylia w moim kieliszku... (fot. własna)
 
Mój wybór padł na Colpasso Nero d'Avola 2014 z kolekcji Faktorii Win. Jest to wino pochodzące ze słonecznej Sycylii, według etykiety półwytrawne, choć wcale bym tego o nim nie powiedział. Posiada ciemopurpurową barwę z fioletowymi refleksami. W nosie dominują jeżyny, a zaraz po nich dżem śliwkowy i nieco nut pieprznych. W ustach wyraźnie wiśniowe, dość gęste, soczyste, pojawiają się również nuty owoców leśnych. Trochę brakuje mu kwasowości, ale za to ma przyjemne, ładnie ułożone taniny. Ogóle przyjemne, bardzo pijalne wino, choć raczej nie na takie upały. Moim zdaniem warte sugerowanej ceny detalicznej - 29,99 PLN. Ocena: ***/****. Źródło wina: przysłane do degustacji przez Faktorię Win.
Obsługiwane przez usługę Blogger.